Dobra książka ma to do siebie, że bardzo, ale to bardzo trudno jest się od niej oderwać, choćby na chwilę. Kiedy już pędząca do przodu akcja porwie cię i obsadzi w roli głównego bohatera, nie ma cienia szansy na spokojny sen. Minęło kilka dobrych godzin zanim odczułam jakiekolwiek zmęczenie, bo o znudzeniu nie było mowy. Jednak chęć odłożenia dobranocki na bok, była ostatnią rzeczą, która przyszłaby mi w tej chwili do głowy. Zmęczone oczy wciąż zachłannie biegały niezmiennie od lewej do prawej, po kolejnych kartach opasłego tomiska. Zniesmaczona opisem okropnie krwawej sceny oderwałam na moment wzrok od książki i ostrożnie rozejrzałam się po pokoju, jakby w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia w postaci seryjnego mordercy czyhającego przy uchylonych balkonowych drzwiach. Z ciekawości przelotnie zerknęłam na zegarek, dochodziła trzecia w nocy, albo jak kto woli nad ranem.
Noc była bardzo spokojna, udało mi się zasnąć koło godziny czwartej. Powieki same mi się zamknęły, byłam wyczerpana wydarzeniami dnia wczorajszego. Burza, błyskawice, a potem ten szary szpital. Dużo wrażeń. To było wczoraj, a dziś jest dziś. Kolejny dzień, który będę musiała przetrwać, a później znowu słońce zajdzie za horyzont, przenosząc mnie w zupełnie inny świat.
5.00, krzyki, hałas, siarczyste przekleństwa i koniec snu. Przetarłam dłonią zaspane oczy, co tylko pogorszyło nieprzyjemne pieczenie. Czułam się jakby ktoś znów nasypał mi pisaku do oczu, tak jak to miało miejsce kilka lat temu na naszym placyku zabaw. Po tym incydencie długo przemywałam oczy ziołowymi specyfikami. Wolnym krokiem ruszyłam do niewielkiej łazienki, ciemnej, bez okna, ale mojej własnej. Ochlapałam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Ogromne, niemal fioletowe cienie pod oczami, ziemista, trochę zaniedbana cera i potargane włosy sprawiły, że wyglądałam jak rasowe zombie. Półtorej godziny płytkiego snu zapewnie nie wpływa dobrze na wygląd, jak i samopoczucie, ale na tą chwilę musi wystarczyć. Byłam pewna, że już nie uda mi się ponownie zasnąć.
Wychyliłam się przez balkonową barierkę by zidentyfikować ów hałas, który skutecznie skrócił mi wypoczynek. Faceci z firmy od przeprowadzek właśnie wnosili, a raczej usiłowali wnieś wielkie łóżko do domu obok. Jeszcze przez chwilę obserwowałam poczynania specjalistów od przenoszenie mebli, po czym westchnęłam wciągając głęboko w płuca poranne, świeże powietrze. Mamy nowych sąsiadów, sądząc po gratach jakie tu przywieźli, zamożni ludzie. Zresztą, jak cała nasza dzielnica, zepsuci do szpiku kości bogaci, rozpieszczeni przez los Ludzie, pozbawieni podstawowych ludzkich odruchów. W chwili, kiedy miałam zamiar wycofać się do pokoju, moją uwagę przykuły czarne, walcowate pokrowce, które ekipa ostrożnie wynosiła z ciężarówki. - Perkusja -przemknęło mi przez myśl. Zaraz za kotłami powędrował statyw i talerze. No to mamy w sąsiedztwie perkusistę. Może być ciekawie.
Przeraźliwe, głośne miauknięcie Faith sprowadziło mnie na ziemię. Wzdrygnęłam się i wciągnęłam na pokryte gęsią skórką ramiona puchaty szlafrok. Kotka stanowczo domagała się śniadania. W kuchni zastałam rudą bestię siedzącą na lodówce. Wszystkie przedmioty, jakie znajdowały się na kuchennych blatach były poprzewracane. - Choć Diablico, pewnie wczoraj cię nie nakarmili, co? - Mruknęłam do kota. Jak zwykle nikt nie pofatygował się, by nakarmić naszą, starą Futrzaczkę. Już po chwili rudy mine coon dławiąc się pałaszował kawałki surowego mięsa, czyli coś, na co ciężko mi patrzeć. Zdecydowanie wolę produkty na bazie soi, dlatego też dzisiaj padło na zwyczajne płatki zbożowe z sojowym mlekiem. Mało wyszukane, ale smacznie i pożywne śniadanie.
Po posiłku wróciłam do siebie i zakopałam się pod kołdrą. Po jakimś czasie rodzice dali znać o swojej obecności wykłócając się o jakiś drobiazg. Przynajmniej taką miałam nadzieję, bo coraz częściej chodziło o coś grubszego. Atmosfera w domu od zawsze była napięta, ale w porównaniu do tego, co się dzieje teraz, to były zwyczajne błahostki. Nie mogąc dłużej znieś odgłosów śmiesznej i bezsensownej sprzeczki wygrzebałam spod poduszki odtwarzacz mp3 i skupiłam się wyłącznie na łagodnym brzmieniu Coldplay. Zasłuchana w magiczne dźwięki kompletnie straciłam poczucie czasu.
Nasilający ból głowy zmusił mnie do wstania z łóżka. Jak się później okazało nie było to takie łatwe, gdy próbowałam pokonać niewielką odległość dzielącą moje posłanie i korytarz niespodziewanie zakręciło mi się w głowie. Odczekałam chwilę, po czym ruszyłam dalej. Kiedy schodziłam ze schodów sytuacja się powtórzyła. Kiedy wreszcie udało mi się bezpiecznie dostać do kuchni w poszukiwaniu czegoś przeciwbólowego, zadzwonił dzwonek. - Kogo niesie - pomyślałam. O tej porze nikt tu nie zagląda oprócz listonosza i domokrążców, staruszkowie ustalają swoje spotkania z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Zirytowana i zarazem otumaniona pulsującym bólem niechętnie otworzyłam drzwi, zerkając na zegarek, to nie listonosz.
- Dzień dobry. - Na zewnątrz stała kobieta i delikatnie się uśmiechała.
- Tak? - Nie miałam ochoty, ani siły na serdeczne powitania. - Rodziców nie ma. - Odparowałam zanim gość zdążył otworzyć usta i wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Tego się spodziewałam. - Powiedziała niewzruszona niezbyt miłym powitaniem i zaczęła mi się dziwnie przyglądać. - Wyglądasz o wiele niż wczoraj. Mam nadzieję, że wszystko już w porządku. - Teraz kobieta wydała mi się dziwnie znajoma, choć przysięgam, że widzę ją po raz pierwszy. Nie wiedząc, co odpowiedzieć kiwnęłam głową, co nie było najlepszym posunięciem, łupanie w czaszce stało się nie do zniesienia. - Chyba mnie nie pamiętasz, znalazłam cię wczoraj na ulicy kilka kilometrów od Ridgecrest. Wygląda na to, że jesteśmy sąsiadami. - Szeroki uśmiech gościa działał mi na nerwy. Coraz bardziej irytowała mnie ta rozmowa, a ból wcale nie mijał.
- Tak? - Jakże inteligenta odpowiedź wpłynęła z moich ust, nie potrafiłam zdobyć się na nic innego.
- Tak, tak. - Nowa sąsiadka powtórzyła za mną wciąż z tym samym uśmiechem i zanim zdążyła coś dodać, siląc się by nie zatrzasnąć jej drzwi przed nosem i nie zawyć z bezsilności odparłam - Mam coś przekazać? - Kobieta na pierwszy rzut oka wydawała się być sympatyczną osobą, ale wybrała sobie zły czas na nawiązywanie sąsiedzkich kontaktów.
- Tak, - powtórzyła - przekaż Annie, że sprowadziliśmy się tu na dobre, ostatnim razem jak się widziałyśmy nie zdążyłyśmy się wymienić numerami telefonów.
- Aa kto? - Umieram, śpiąca na fotelu Faith mi świadkiem. - Przepraszam, nie przedstawiłam się - odparła wyraźnie rozbawiona swoim nie dopatrzeniem. - Nazywam się Elizabeth Bones.
- Dobrze, dowidzenia. - Zamknęłam frontowe drzwi i starając się zignorować tępy ból, pędem pognałam do kuchni. Szukając czegoś, co mogłoby mi pomóc, zrobiłam niesamowity bałagan w pedantycznie posegregowanych suplementach diety matki. Niestety, nie znalazłam nic. Ogarnęła mnie złość na wszystko, na cały świat i na te cholerne niewykupione recept. Bóg jeden wie gdzie one teraz są. Nie mogłam bezczynnie siedzieć na miejscu, ruszyłam na górę mocno zaciskając zęby.
Powoli zdjęłam z siebie kochaną, o wiele zadurzą koszulkę Iron Maiden, która służyła mi za piżamę i wciągnęłam pierwszy lepszy top, który wyleciał z szafy wraz z otwarciem drzwiczek. Następnie starając się utrzymać równowagę włożyłam wysłużone jeansy, a na bose nogi wciągnęłam dwie różne skarpetki, dla jasności - nie było to zamierzone, nie ważne. Szybko uporałam się z poplątanymi sznurówkami conversów. Przeczesałam dłonią włosy i zgarnęłam do torby portfel, klucze i telefon.
Oddychałam głęboko, zaciskałam szczękę i pięści. Napinałam mięśnie różnych części ciała. Całą uwagę skupiłam na drodze, by w miarę szybko i sprawnie dostać się do apteki, albo jakiegoś sklepiku, gdzie będę mogła kupić coś przeciwbólowego. Właśnie przechodziłam przez dosyć ruchliwą ulicę, kiedy świat znów zawirował mi przed oczami. Przystanęłam na środku przejścia dla pieszych, za wszelką ceną starając się nie upaść. Po chwili pojawiło się czerwone światło, a ja bałam się ruszyć do przodu. Jakby z oddali, dochodziły do mnie przytłumione klaksony, niecierpliwych kierowców. Kiedy dotarło do mnie co się dzieje, ruszyłam wolno przed siebie. Kilka metrów przede mną zamajaczył szyld czynnego całodobowo sklepu. Mając przed sobą jasny cel, poczułam się odrobinę lepiej. Ból nie zelżał, ale w jakimś stopniu podniosło mnie to na duchu. Przez moment siłowałam się z drzwiami, aż wreszcie wpadłam do środka, złapałam butelkę wodę i rzuciłam ekspedientce nazwę powszechnie znanego środka przeciwbólowego. Szybko zapłaciłam i wyszłam na zewnątrz.
Manewrowałam pomiędzy budynkami, uciekając przed zgiełkiem miasta w godzinach szczytu. Miejski hałas doprowadzał mnie do szału. Skręciłam w kolejną opustoszałą uliczkę, nie było tu żywej duszy, a po kilkudziesięciu metrach stałam na kolejnym skrzyżowaniu. Po lewej górowała nad niewielkimi brzózkami brama parku miejskiego. Przez moment zatrzymałam wzrok na spokojnych, nieruchomych pniach drzew. Następnie zamiast skręcić w prawo, w stronę stanowej Colfierd Avenue ruszyłam w przeciwną kierunku. Idąc wąską alejką minęłam doszczętnie zniszczoną ławkę i dopiero teraz odczulam zmęczenie. Ból trochę zelżał. Zaraz po wyjściu ze sklepu połknęłam proszki popijając sporą ilością mineralizowanej wody. Na szczęście kolejna ławka była nietknięta. Usiałam na niej z głośnym westchnieniem i zamknęłam oczy. Zdecydowałam się wsiąść jeszcze jedną tabletkę, mając nadzieję na całkowite pozbycie się pulsującego bólu w skroniach.
Czas się zatrzymał, nieruchome drzewa wciąż trwały w tej samej pozycji, zupełnie jak ja. Od lat tu rosły i dawały schronienie ptakom, a teraz także i mi. Właśnie w takich miejscach oddycham pełną piersią i czuję, że żyję - choć wszystko inne przestaje istnieć - żyję naprawdę.
Słońce powoli chowało się za drzewami, czas wracać. Nie chciałam patrzeć na zegarek, godzina nie miała znaczenia. Zapomniany żołądek w końcu dał o sobie znać. Niechętnie podniosłam się z siedziska i powłócząc nogami, ruszyłam w drogę powrotną. Szłam swoim własnym, żółwim tempem. Wzrok wbiłam w podniszczone trampki, a roztargane włosy opadały mi na twarz. Nie zwracałam uwagi na przechodniów, jak się można było spodziewać wpadłam na kogoś idącego z naprzeciwka. Podniosłam oczy i zobaczyłam parę młodych ludzi. Objęci wpół przepraszali, ale za co? To ja na nich wpadłam. Oboje posłali mi szczere uśmiechy i wyciągali dłonie. Już po chwili byłam w pionie, rozmasowując obolały tyłek mruknęłam ciche - dziękuję. Ta sytuacja była dla mnie dość krępująca, powinnam przeprosić, to ja weszłam im w paradę. Oboje promienieli szczęściem, wyprostowani, uśmiechnięci, aż tu nagle wpada im prosto pod nogi takie nieszczęście, jak ja. Zmieszana starałam się uśmiechnąć, jednak kąciki ust tylko drgnęły lekko i zastygły w codziennym grymasie obojętności. Nie wiedząc, co ze sobą począć jeszcze bardziej skuliłam się w sobie i pomaszerowałam naprzód, wciąż nie patrząc przed siebie.
Nie umiałam patrzeć w przyszłość. Bez przerwy oglądałam się za siebie i nie poświęcałam należytej uwagi teraźniejszości. Nie tak powinno być. jeszcze nie wiedziałam, czy chcę robić coś konkretnego w życiu, do jakiego spełnienia mam dążyć, skoro nie wiem czego chcę. Dobre pytanie - Czego oczekuję od Życia? - i niestety, nieprawidłowa odpowiedź - Nie wiem. - Do ciężkiej cholery nie wiem. Beznadziejność sytuacji powinna mnie chyba w jakiś sposób zmobilizować. Bezsens chaotycznych myśli powinien uświadomić mi, że czas coś postanowić i zbadać o siebie.
Analiza własnych procesów myślowych spowodowała, że znów nie zauważyłam innych pełnoprawnych użytkowników chodnika, tym razem - małej dziewczynki, która z wielkim wysiłkiem starała się utrzymać na smyczy ogromnego berneńczyka. Zamiast usłużnie zejść z drogi psu i jego małej właścicielce szłam wprost na rozbrykane zwierzę, które piskliwie szczeknęło, zakręciło się kilka razy wokół mnie i pobiegło ulicą, hen przed siebie. Głośny wrzask dziecka i przekleństwa wysokiego blondyna - który pojawił się nie wiadomo skąd, a w rzeczywistości pilnował dziewczynki - skutecznie pomogły mi wrócić do chwili obecnej. Chłopak zmełł w ustach ostatnie kurwa, pod karcącym wzrokiem Małej.
- Uważaj jak łazisz! Ty...
- Przepraszam, ja....
- ... co mnie twoje przepraszam! Gdzie masz oczy?! - Niepewnie uniosłam głowę do góry, patrząc prosto w niebieskie, niezaprzeczalnie piękne ślepia, które od kilku chwil ciskały we mnie gromami.
- Nie chciałam, zamyśliłam się. Naprawdę przepraszam. - Wzrok utkwiłam gdzieś ponad ramieniem niebieskookiego Awanturnika, byle nie patrzeć w t e oczy.
- Dość. Sierściuch ucieka, a Annabelle nie zna okolicy. Przydaj się na coś i zostań z nią. - Następnie odwrócił się do dziewczynki i rzucił - Poczekaj tu, zaraz wracam. - Po czym ile sił w nogach popędził za psem. Westchnęłam i zamiast zagłębiać się w dziwności sytuacji spojrzałam na stojące obok mnie dziecko. Pyzata buzia, lekka opalenizna, bystre, błękitne oczy, naturalny uśmiech na ustach i jasne włoski splecione w dwa warkoczyki czyniły dziewczynkę uroczą.
- Czujesz się już dobrze? - Spytała, za moment dodając - Wczoraj, na ulicy to byłaś ty, prawda?
Zaskoczyło mnie to pytanie, w pierwszej chwili nie wiedziałam, co odpowiedzieć, ponieważ umysł połączył szybko kilka faktów. Bezradnie wciągnęłam powietrze zastanawiając się nad swą własną niemocą wobec Losu.
- Wszystko w porządku. - Odparłam cicho. Mała Annabelle zdawała się być córką kobiety, która znalazła mnie wczoraj kilka kilometrów na północ od Ridgecrest, i która okazała się być naszą nową sąsiadką. - To twój brat? - Kiwnęłam głową w stronę, w którą pobiegł chłopak.
- Aha, ale mam jeszcze siostrę... - Mała zaczęła nadawać, jak najęta. Opowiadała o niejakiej Julliette mieszkającej w Los Angeles, o tym jak za nią tęskni i chciałabym żeby z nimi mieszkała na stałe, bo ten przerośnięty Mamut nie umie się z nią bawić. Jak mniemam rzeczonym Mamutem jest panicz Bones.
- Ile masz lat? - Zapytałam rozbawiona gadatliwością dziewczynki.
- W sierpniu skończę sześć - Odpowiedziała dumnie prostują plecy. - A ty?
- A ja mam szesnaście.
Przyjemną rozmowę przerwał mam blondyn, prowadzący psa. Obaj sapali i szli powoli w naszym kierunku z wywieszonymi jęzorami. Uradowane dziecko klasnęło w dłonie i z radosnym okrzykiem pobiegło i przytuliło się do olbrzymiego psa. Chłopak trzymając zwierzę w ryzach patrzył prosto na mnie. Pewność siebie biła od niego na odległość. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, więc uciekłam wzrokiem gdzieś w dal i udałam wielkie zainteresowanie szarymi kamienicami.
- Na przyszłość uważaj, na ulicy jesteś wielkim zagrożeniem dla innych, a w szczególności dla siebie. - Mówiąc poruszył brwiami, co ogromnie mnie zirytowało. Brawo, ktoś wreszcie wypowiedział to na głos, wzięłam sobie te słowa do serca. Chyba naprawdę warto się nad tym zastanowić. Złość przejęła nade mną kontrolę.
- Uważaj więc i Ty - syknęłam.
- Słucham?
- Być może niefortunnie znów spotkasz mnie na ulicy?
- Ominę cię szerokim łukiem - zaśmiał się gardłowo, odważnie patrząc mi w twarz.
- Na to właśnie liczę - warknęłam i wolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Jak bardzo pragnęłam teraz znaleźć się w swoich czterech ścianach, zasnąć i przespać resztę dnia. Chłodna noc, obezwładniająca cisza i zalewający Ziemię mrok to jest mój świat.
- Wracamy paskudy - usłyszałam mocny głos blondyna i ciężko westchnęłam. Odwróciłam się i Coś potężnego uderzyło mnie prosto w serce. Przez moment widziałam siebie i Adama, a potem była już tylko Annabelle ciągnąca psa za ucho i nieprzenikniony wzrok chłopaka i kolejne ostre słowa - Chyba skończyliśmy, coś jeszcze?
- Hej! Patrz, patrz! - Popatrzyłam i zobaczyłam dziewczynkę uwieszająca się na karku biednego psa, któremu prawdopodobnie wcale to nie przeszkadzało. Zaśmiałam się cicho i poczułam jak ulatuje ze mnie cały gniew.
- Super, fajny zwierz.
- Buddy - poprawiła mnie Mała. Byłam prawie w 100% pewna, że blondyn w tym momencie przewrócił oczami, ale usłyszałam tylko jak głośno wypuszcza powietrze.
- Koniec tego dobrego, idziemy.
- Obawiam się, że idziemy w tą samą stronę - choć złość ze mnie wyparowała, podświadomie chciałam jeszcze bardziej wkurzyć blondyna, by stracił nad sobą panowanie. Wtedy ja miałabym przewagę. Chore nieprawdaż?
- Co?! - Elokwentny przeciwnik, ale o cholernie mocnym spojrzeniu, które powoli mnie zabijało. Mam teraz okazję przekonać się ile zostało z dawnej mocy mych brązowych tęczówek. Odpadłam szybciej niż myślałam.
- Jestem głodna, chodźmy już. - Annabelle przypomniała o sobie w odpowiednim czasie, wymiana zdać pomiędzy mną, a jej bratem nie zrobiła na niej wrażenia. Bezceremonialnie chwyciła mnie za rękę, nie zwracając uwagi na chłód mojej dłoni.
Zdumiona przez chwilę zastygłam w bezruchu, szybko przywołałam się do porządku i skierowałam się w stronę Hovard Street delikatnie ciągnąc za sobą dziewczynkę. Zachichotałam wyobrażając sobie wyraz twarzy nowego sąsiada.
C.D.N.