18.4.11

[000] Prolog

     Nie ma już nic. Pustka. Kolejne rozczarowanie. Boli, tak cholernie boli. Boże, zatrzymaj świat, ja wysiadam. Ile warte jest ludzkie szczęście? No ile?! Dlaczego nie może być tak dobrze, że aż nudno? Co zrobiłam nie tak? Czy to moja wina? Z pewnością. Tylko siebie mogę o to obwiniać. Co zrobiłam źle, w którym miejscu popełniłam błąd? Nie wiem. Nic już nie wiem. Wszystko co do tej pory miałam, straciłam. Bezpowrotnie. Pytanie, jak mogłam do tego dopuścić? Jak mogłam pozwolić by odebrano mi wszystko co kochałam. Oh, nie wszystko - została mi tylko gitara Adama - jedyna pamiątka. Ludzie, których uważałam za swoich sprzymierzeńców zostawili mnie, ale to też moja wina. Teraz gdy minęło już prawie pół roku wyraźnie to widzę. Stchórzyłam. Uciekłam, zamknęłam i zabarykadowałam drzwi. Nie przyjęłam pomocy, choć się dusiłam. Udawałam, że nie wiedzę wyciągniętych w moją stronę dłoni. Olałam przyjaciół. Nikt nie mógł mi pomóc. Znalazłam się na samym dnie tej piekielnej otchłani. Nie miałam po co żyć, nie miałam dla kogo żyć. Dobiłam do samego dna, po to by się od niego odbić i zacząć wszystko od nowa. Jednak to nie takie proste. Ilekroć z całej siły próbowałam wyskoczyć z tej cholernej, czarnej dziury - upadałam. Nie było dla mnie ratunku. Byłam usychającą rośliną. Brakowało mi wody, tlenu i światła. Tylko ciemność. Wszystko wydawało się być takie szare, bez wyrazu. Zupełnie jak ja. Niska, wątła, wiecznie blada, czarnowłosa szesnastolatka. Nic specjalnego. Duże, brązowe oczy, okrągła twarz, lekko zadarty nosek. Znaków szczególnych - brak. Zwykła dziewczyna, z której zakpił los. Bez przyszłości, bez nadziei na lepsze jutro. Gdzie te szerokie horyzonty, o których mówił pan Brown? Zniknęły. Umarły razem z dawną mną. Nie ma już tej roześmianej, beztroskiej Alice. Nie ma krainy czarów. Jest tylko okrutna rzeczywistość, a właściwie to nie ma  nic. Choć minęło już tyle czasu nie jest ani lepiej, ani gorzej. Czuję się tak samo jak w ten letni, niedzielny wieczór, kiedy to do naszych drzwi zapukała policja. To tamtej nocy zawalił się mój świat. Nie wiem co działo się przez kolejne sześć miesięcy, straciłam kontakt z rzeczywistością. Nie umiałam inaczej. Nie płakałam, bo nie było już nikogo, kto otarł by moje łzy, kto powiedziałby – nie rycz mała, choć na lody.                                                                 
       Zostałam sama. Nie, właściwie to odizolowałam się od ludzi, których uważałam za najbliższą rodzinę. Teraz ta rodzina już nie istnieje. To ja jestem po części odpowiedzialna za jej rozbicie. Wydawało mi się, że tylko ja cierpię i tylko ja straciłam najbliższą sercu osobę. Jaka byłam ślepa. Nie mogłam znieś płaczu matki, ani udawanego żalu ojca. Dlatego całymi dniami chowałam się w swoim azylu - niewielkim pokoiku na poddaszu - kryjówce z dzieciństwa. Tyle wspomnień wiąże się z tą niewielką zamkniętą przestrzenią, tyle bezcennych pamiątek. Począwszy od dziecięcych prymitywnych rysunków, a skończywszy na wyrwanych kartkach ze szkolnego dzienniczka uwag. Rodzice wiele razy prosili o to żebyśmy wynieśli te rupiecie, prawdopodobnie chcieli zrobić tam sobie mimi-siłownię, ale kiedy zamknęliśmy się w środku z groźbą nie wychodzenia na zewnątrz do końca życia – staruszkowie ulegli. Wciąż są tam rzeczy Adama i  z o s t a n ą  dopóki tu mieszkam. Ojciec jest przekonany, że pozbył się wszystkich rzeczy swojego pierworodnego syna, który w przyszłości miał zająć jego miejsce w kancelarii. Niech tak zostanie, niech myślą, że jeśli pozbyli się wszystkiego, co należało do Adama to zapomną o nieszczęściu, jakie spotkało rodzinę najlepszego prawnika w miasteczku. Tydzień – tyle czasu trwała żałoba moich rodziców po stracie jedynego syna. Znienawidziłam ich za to, że tak szybko się pozbierali. Teraz zachowują się tak, jakbym od zawsze była jedynaczką. Śmiem nawet stwierdzić, że od dnia pogrzebu ani razu nie byli na cmentarzu, który ja odwiedzam prawie codziennie. Nie obchodzą mnie więzy krwi, nie jesteśmy już rodziną. Tak bardzo ich nienawidzę. Nigdy nie było między nami jakiś szczególnych więzi, od kiedy pamiętam zajmowały się mną różne ,,ciotki’’ - choć ja nigdy ich tak nie nazywałam. Dziadkowie od strony ojca byli zbyt dumni by pilnować głupie dzieciaki, a rodziców matki nigdy nie poznałam. Nie wszystko da się kupić za pieniądze, nawet kiedy ma się ich tyle, że trudno zliczyć zera na comiesięcznych wyciągach z banku. To prawda, nigdy niczego mi nie brakowało – w sensie materialnym oczywiście – zawsze dostawałam wszystko co tylko sobie wymarzyłam. W końcu zdałam sobie sprawę z tego, że żaden wypasiony iPod, czy inny gadżet z górnej półki, nie zastąpi mi rodziców. W przypływie gniewu pojechałam na zakupy i wydałam rekordową sumę, w nadziei, że staruszkowie zainteresują się tym na co wydałam, aż tyle forsy. Jednak następnego dnia usłyszałam tylko, jedno wymuszone pytanie
 – Dobrze się wczoraj bawiłaś? – oszołomiona kiwnęłam głową – Powinnaś częściej wychodzić.
      Nie tego się spodziewałam. To nie miało tak wyglądać. Powinnam dostać szlaban, albo usłyszeć okropnie długie kazanie na temat szacunku do ciężko zarobionych pieniędzy. Nawet nie zainteresowali się na co wydałam tak pokaźną sumkę. Tak naprawdę to nie wytrzymałabym całodziennego łażenia po sklepach, przymierzania, dopasowywania i kompletowania zmyślnych zastawów szmatek. Prawie całe popołudnie spędziłam w ogromnej, ale przytulnej bibliotece - często przesiaduję tam po szkole. Później zajrzałam jeszcze do księgarni. W drodze powrotnej rzucił mi się w oczy szyld nowo otwartego oddziału Czerwonego Krzyża. Niewiele myśląc weszłam do środka. W wewnątrz budynku było zupełnie cicho. Po lewej stronie od drzwi stał stolik przykryty białym, chyba nawet ręcznie wyszywanym bieżnikiem, a na nim puszka. Pośpiesznie wyjęłam z torebki portfel i wcisnęłam zwitek banknotów w niewielki otwór. Już po chwili znów stałam na ruchliwym skrzyżowaniu 61 z Walton Street. Nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłam, ale nie żałuję. Oczywiście nie powiedziałam o tym starszym. Niech myślą, że zaszalałam i wydałam pieniądze na nic nie warte pierdoły. Nie muszą wszystkiego wiedzieć. Mną interesują się minimalnie, tylko dlatego, że mają obowiązek zapewnić mi utrzymanie do pełnoletniości. Nigdy nie obchodziły ich moje problemy i niech tak zostanie. Sama radzę sobie całkiem nieźle – tak długo wmawiałam to znajomym, aż sama w to uwierzyłam. Owszem przez pewien czas było całkiem ok., czyli trochę lepiej niż tego feralnego wieczoru. To był okres, kiedy zaczęły się wakacje, a ja mogłam bezkarnie całymi dniami siedzieć we własnych czterech ścianach i czytać. Pochłaniałam wtedy ogromnie ilości książek. Żyłam życiem fikcyjnych postaci, bo nie miałam swojego. Zewsząd otaczała mnie pustka. Samotność, to najgorsze, co może spotkać człowieka, ale pośród książek nie czułam się samotna. Bohaterowie powieści byli równie prawdziwi, jak ten zakłamany świat. Pewnie dlatego stworzyłam sobie swoją własną rzeczywistość. Bez chorób, głodu i śmiertelnych wypadków samochodowych. Przez pewien czas żyłam tą namiastką szczęścia, lecz w końcu doszło do mnie, że czas z tym skończyć i zrobić coś z własnym, prawdziwym życiem. Żyje się tylko raz. Nie można przeżyć za kogoś życia, trzeba ułożyć sobie swoje własne. W tej kwestii jestem zdana sama na siebie. Nie ma nikogo, kto pomógłby mi podejmować decyzję. Przez to mam wrażenie, że cały czas stąpam po wyjątkowo kruchym lodzie, który w każdej chwili może się załamać i znów wyląduję w czarnej dupie. Boję się, że ciężar spoczywający na moich ramionach sprawi, że ugną się pode mną kolana i już nigdy się nie podniosę. Kolejnego upadku już nie przetrwam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz